Otaczając się marzycielami nie zapewnisz sobie wymarzonego życia. Galeria

Close Notification
Open Notification

Zajeżdżanie kobyły

Siatkarze umoczyli na igrzyskach olimpijskich i z bohaterów narodowych stali się wrogami publicznymi. Skoro do imprezy nie udało się awansować żadnej innej polskiej drużynie, ciężar leczenia kompleksów narodowych spadł na nich. Bo powinni wygrać. Po cholerę było awansować i zabierać czas oraz zawracać tęgie głowy kibicom, jeśli zamierzało się przegrywać. Winnych trzeba ukarać.

Nikt nie będzie znęcał się nad siatkarkami, piłkarkami i piłkarzami ręcznymi, futbolistkami i futbolistami, koszykarkami oraz koszykarzami czy nawet laskarkami i laskarzami(zanim ktoś mnie posądzi o seksizm, proszę poczytać o hokeju na trawie). Lud odpuści pływakom, wioślarzom, kajakarzom, szermierzom, bokserom, jachciarzom, maratończykom, chodziarzom, jeźdźcom, biegaczom, kolarzom, a nawet popychaczom kulki nosem do dziurki, przez których polski kibic pozbawiony był transmisji z rozgrywek turniejów większości gier zespołowych. Gniew ludu spadnie na tych, którzy się nawinęli. Bo wkurwienie polskiego kibica jest stanem permanentnym i tylko seryjne sukcesy sportowe są w stanie go ukoić (chwilowo). Paradoks polega na tym, że polski kibic nie bardzo jest w stanie ocenić szanse na sukces, bo nie bardzo interesuje się daną dyscypliną. Rzadko stara się zgłębić istotę danego sportu, bardziej zajmują go sukcesy, tryumfy i medale. Dlatego obrywa się najlepszym, czyli Radwańskiej i siatkarzom. Innych sportowców w kontekście medalowym traktujemy jak niegroźnych szaleńców. Nie daj Bóg, żeby szaleniec dorósł do rywalizacji o najwyższe cele, ale ich nie zrealizował. Przegranych w finałach to my nie lubimy. Lepiej tolerujemy takich, co nie majaczą nawet na horyzoncie pierwszej setki. Człowiek się na tle nieudaczników swobodniej czuje. Przynajmniej nieosamotniony.

Bo filozofia sportu z punktu widzenia kibicowskiego jest bardzo przejrzysta. Skoro nie ma medali kibic ocenia drużynę negatywnie, gdyby były, oceniłby pozytywnie. Sport jest w tym względzie wymierny i łatwo się  nim interesować. TVP także nie zawraca sobie głowy edukowaniem kogokolwiek, żeby znał się na nowoczesnych taktykach, metodach szkoleniowych, sposobach rozgrywania, zagrywania i przeprowadzania. Pokazuje to, co lud lubi, a lud lubi sukcesy. Nieważne w czym. Wychowywanie sobie świadomej, zainteresowanej widowni nie ma sensu, bo oglądalność chwilową można wypracować prostszymi metodami. Dlatego zamiast transmisjami meczów piłki ręcznej czy nożnej, TVP karmi nas masochistycznymi obrazkami z pływalni, sadystycznym podnoszeniem ciężarów czy absurdalnymi pojedynkami łamignatów czy szarpiłachów, których reguły są niejasne nawet dla samych sędziów. Dla TVP ma to taki sens, że snuje się mglista nadzieja na jakikolwiek medal dla Polaka. Jakikolwiek znaczy najczęściej brązowy, bo to taki bezpieczny, nie depcze się po odciskach tuzom, a zarazem człowiek nie wraca z zawodów z pustymi rękami.

Skutki takiego podejścia do pokazywania sportu skutkują linczem, jakiego uczestnikami stali się siatkarze. Bo ich akurat pokazywano sumiennie i wielokrotnie, a medalu – nawet brązowego – nie ma. Gdyby zdarzyło się, że za cztery lata w igrzyskach olimpijskich wezmą udział piłkarze ręczni lub jakimś cudem koszykarze, a siatkarze odpadną w przedbiegach, lud będzie karmiony kolejną porcją rozgrywek w dyscyplinie, o której nie ma zielonego pojęcia, bo jej od lat nie widział – nawet na poprzednich igrzyskach. Lud będzie wiedział tylko, że należy wymagać medalu, najlepiej złotego, bo o tym trąbiły przed imprezą media, szukające poczytności, oglądalności czy tam podbijające bębenka z innego powodu.

Jakoś nikt nie przyjmuje do wiadomości, że szanse na medal zależą od szeregu czynników sportowych, a nie tylko stopnia zagotowania w rozpalonych łbach ani natężenia oczekiwań patriotycznych. Skoro sportem zajmujemy się w kraju niechętnie, a stadiony budujemy od wielkiego dzwonu, nie można dziwić się, że wyniki są adekwatne do zaangażowania pieniędzy, sił, środków i wiedzy. A akurat siatkarze w tym narodowym marazmie stanowią wyjątek, bo jak ktoś publicznie ogłosi, że na największej imprezie jadą po złoto, nikt znacząco nie puka się w czoło. A proszę zaryzykować twierdzenie, że kadra Fornalika pojedzie do Brazylii. Że w ogóle pojedzie, nie precyzując po co.

Na domiar złego trafił się nam Adam Małysz. Utrwalił wszystkie złe nawyki kibicowskie Polaków. Zgodnie z teorią telewizyjno-kibicowską, że jak już cię pokazujemy, masz wygrywać – wygrywał. A potem zdobywał chociaż medale. Chociaż nie było warunków, pieniędzy, zaplecza itp. wykarmił dwie olimpiady i zajął lwia część zimowej ramówki sportowej TVP. Ukoił w sposób bezprzykładny nabuzowanie armii spragnionych sukcesów patriotów. Rywalizował z trzema pokoleniami skoczków niemieckich, austriackich, norweskich, fińskich, słoweńskich, nie pytając dlaczego strzyka go w krzyżu, bolą kolana i nie prosząc o zastępstwo. A skoro nie pytał i nie prosił, nikt mu zmiany nie dawał, bo i po co? Teraz znów czekamy.

Magic

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena: 0.0/5 (głosujących: 0)

Komentarzy (1)

  1. nie bardzo pisze:

    Akurat łeb we współczesnym sporcie wyczynowym jest najważniejszy. Zwłaszcza w sportach drużynowych. Na nic technika, kondycja i ogólna sprawnośc, jak łba nie staje.

    Sądzę, że w sporcie zbieramy żniwo dziesiątek (czy setek już) lat martyrologii, grzebania w grobach, czczenia widowiskowych klęsk i honorowych porażek. Z takim podejściem do własnej historii nie mamy prawa mieć mentalności zwycięzców. Po prostu. Polski sportowiec musi nie tylko łamać własne mentalne bariery, ale jeszcze zmagać się ze świadomościa zbiorową. Udaje się to jedynie wyjątkom potwierdzającym regułę.

    Tak się jakoś składa, że największe polskie osiągnięcia w sporcie przypadły na okres gierkowskiej propagandy sukcesu. Przypadek, czy prosta zależność..?