Otaczając się marzycielami nie zapewnisz sobie wymarzonego życia. Galeria

Close Notification
Open Notification

Połajanki w skansenie

W pierwszych gorących ocenach nasze Orły zaprezentowały się najgorzej ze wszystkich drużyn grających na mistrzostwach świata i zasłużenie zostały odesłane w cholerę, zanim jeszcze mundial na dobre się rozpoczął. A zwycięstwo z Japonią unikającą gry, jeszcze bardziej rozsierdziło polskich kibiców.

Klęska naszego teamu narodowego jak zwykle jest wprost proporcjonalna do apetytu na sukcesy, jaki rozbudzono przed tym wiekopomnym występem. Gdy emocje jeszcze nie opadły, eksperci, dziennikarze i kibicujący amatorzy rzucili się na niedoszłych bohaterów Nawałki z pazurami. A taki gniew narodowy potrafi przybrać rozmiar niespotykany – szczególnie gdy ktoś zostanie przyłapany na tak ewidentnej winie. Winnych wskazują zaś pracowicie eksperci telewizyjni, internetowi i prasowi. Niektórzy spośród tych wyjadaczy sprawiają wrażenie, jakby mieli od lat nieodkurzone arkusze ocen, według których przeprowadzają konstruktywną krytykę, niezmienną, za to bezowocną od lat.

Dzięki temu ujadania na asów naszego piłkarstwa melodie łajania od lat brzmią jak zdarta płyta: złe ustawienie; niewłaściwa selekcja; fatalne wybory personalne i niedobrze przeprowadzone zmiany w trakcie meczów. Wybrzmiewają staroświeckie remizowe refreny o nieprzygotowaniu kondycyjnym, postawie Roberta Lewandowskiego, który miał wygrać wszystko sam, a sam niczego nawet nie zremisował; nieciekawej atmosferze w drużynie; spadającej pozycji naszych asów w zagranicznych klubach, w końcu o samym Adamie Nawałce, który z męża opatrznościowego, jak go widziały media przed mundialem, zmienił się w opanowanego obsesjami, przesądnego dziwaka, któremu zabrakło umiejętności i pomysłów. Czyli nic wstrząsająco nowego.

Zasmrodzeni

Gniew narodowy jest słuszny i nasila się tym bardziej, im bardziej napiętnowani winą próbują klęskę bagatelizować lub udawać, że wszystko poszło nieźle, względnie, że nic wstrząsająco złego nie zaszło. Czyli unikają poniesienia odpowiedzialności za spartaczone dzieło, na które naród czekał od miesięcy. Czy ktoś ma w tej nagonce i sekwencjach uników rację?  Docieranie do racji i odkrycie prawdy o naszym futbolu nikogo w tej chwili nie interesuje, bo prawda znana jest od lat – zbyt dużo spraw należałoby poruszyć i struktur wybudować, by komukolwiek chciało się poruszać tak złożone tematy.  Wygodniej paplać o ustawieniu i zaangażowaniu tych, którzy są. I wierzyć, że takie wystrzały, jak ten Nawałkowy na Euro dwa lata temu będą już regułą. Tymczasem takie wystrzały tylko zaciemniają obraz. Niepojęte sporadyczne zwycięstwa z silniejszymi stają się opium dla ludu spragnionego sukcesów, ale nie pozwalają na uruchomienie prawdziwych zmian. Na szczęście takie występy kadry jak na mundialu czy wcześniej w Danii przywracają poczucie normalności. Są dowodem na stabilność sytuacji naszego piłkarstwa.

Trudne nawyki

W kraju hołdujemy zaczerpniętej z sowieckiego systemu recepcie na sukcesy czy raczej sukcesiki, polegającej na koszarowaniu w jednym miejscu wszystkiego, co w kraju najlepsze. Raz to był jakiś w miarę zamożny klub, który skupował najlepszych graczy z całej ligi i okolic, by przebić się do Ligi Mistrzów, raz to była reprezentacja selekcjonowana i ochuchiwana jak najwyższe dobro narodowe pod okiem jakiegoś cudotwórcy (przynajmniej do kiedy nie przegrał). I tym razem cały kwiat krajowego piłkarstwa zgromadzony w miejscu niedostępnym wrogom i chronionym przed krajowymi przypadłościami bezsilności, bezradności i innych gangren miał coś osiągnąć w imieniu wszystkich innych, którzy odstają od wybrańców o lata świetlne. Tyle, że ów dream-team poległ już z pierwszej bitwie z niezbyt cenionymi i nie bardzo uzbrojonymi rywalami.

Klęska mundialowa po raz kolejny zanegowała skuteczność polskiej recepty na sukces. Skrupulatne budowanie potęgi skansenowej zawiodło. Od lat okazuje się,  że ta metoda przegrywa z opcją masowego szkolenia młodych piłkarzy według najnowocześniejszych pomysłów. Jednak z uwagi na odwieczną niechęć  budowy czegokolwiek nowego na większą skalę, z uporem wolimy trzymać się wzorców sprawdzonych, znanych i ogranych, choć nieskutecznych. Trzymanie się utartych schematów typu: błędy trenera- złe ustawienie-nietrafione zmiany czy mecz o 3 punkty-mecz o wszystko-mecz o honor jest nieefektywne, ale sprawdzone i przewidywalne. Wiadomo, jak stwarzać pozory, jak mydlić oczy i jak umykać z placu boju po klęsce. Działanie w zupełnie innym stylu niesie ryzyko ponoszenia nakładów oraz przymus wprowadzania rewolucji, co nie przysparza nikomu popularności. Duet Boniek-Nawałka sprawiał reformatorskie wrażenie, ale jak się okazało realizacja śmiałych zamysłów ugrzęzła. Czasem lepiej zatrzymać się w miejscu znanym, ale bezpiecznym, niż ryzykować skok, po którym tryumf albo zgon. I kiedy król znowu okazał się nagi następują przewidywalne konsekwencje. Ścinanie głów wskutek krytyki poklęskowej. A w naszej szajbie piłkarskiej rzeczywistości każdy ma swoją rolę dobrze przećwiczoną i swego dopnie, bo ten scenariusz jest ćwiczony nie pierwszy raz. Nagonkowi w mediach także znają swoje role i cel.

Wyszczekani

Łajania są krwiste i bezkompromisowe, dominują mocne słowa i narodowe oburzenie. Atmosferze skandalu i rozczarowania jest budowana błyskawicznie, a polowanie na czarownice przebiega zgodnie z zasadami posezonowego odstrzału tych, którzy ośmielili się nadzieje wzbudzić, a potem haniebnie je zawieść. Rzesze uwiedzionych kibiców zachowują się jak gromada naiwniaków, którzy uwierzyli we własny marketing. A skoro dali się zrobić w konia, to teraz oczekują, że ktoś ich naiwność pomści. Najlepiej srodze. A że media żywiły się najpierw nadzieją, a teraz społeczną nienawiścią, tematu nie zostawią zbyt szybko.

W tyralierze krytykantów i ujadaczy prym wiodą ci, którzy jeszcze parę tygodni temu najżarliwiej zapewniali o sile naszego zespołu i opiewali zalety piłkarzy. Szczególną grupę stanowią – podobnie jak wspomniany duet Boniek-Nawałka – byli piłkarze, którzy nikomu z ludzi prezesa i selekcjonera razów nie szczędzą, a nie szczędzą tym bardziej, im bardziej sami brali po łbie, kiedy byli reprezentantami naszego kraju i uczestniczyli w tym samym rytuale poklęskowego łajania winnych. Zgodnie z zasadami dobrze znanej z wojska fali.

Czy tatka doczeka latka

W powodzi publikowanych i wypowiadanych mądrości całą sztuką jest nie doprowadzić do konstatacji, że trzeba robić gruntowne zmiany, nawet rewolucyjne. Przecież gdyby selekcjoner przyznał, że ekipa, którą zabrał szwankuje, byłby dramat. Wtedy stałoby się oczywiste, że zupełnie nie ma jej kim zastąpić. Wszak hodowlę asów mamy mizerniutką, a plony malutkie, a co najgorsze – importowane, choć sadzonki wyjeżdżały nasze. Ledwie udało się dopracować tych kilku, co rokują jakieś nadzieje, a oni już zaczęli zawodzić. Za chwilę dopadnie ich starość. I skansen znowu będzie pustawy.

Z tej nawałnicy ekspertyz nie ma żadnego wniosku, bo już nikt we wnioski nie wierzy – celem jest sam rytuał biczowania, a powtarzalność zjawisk wydaje się naturalna i nieunikniona. To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać – jak komentował analogiczne sytuacje Stefan Kisielewski.

Mentalne zaułki są męczące jak fobie, trwają, ogrywają się, powtarzają, a nie widać z tych zapętleń wyjścia. Dla pocieszenia można wspomnieć, że udziałem takiej niemocy było niegdyś budowanie stadionów, o przyczynach niemożności powstania których opowiadano dowcipy z długimi brodami. Nowe stadiony jeszcze w latach 90. wydawały się przedsięwzięciem miary lotu na Marsa. Aż nagle, jak ruszyło, to nawet w miejscach, gdzie prawie nie ma drużyn piłkarskich powstają wypasione obiekty. Może kiedyś ten zapał przeniesie się na szkolenie piłkarzy.


VN:F [1.9.22_1171]
Ocena: 5.0/5 (głosujących: 2)

Połajanki w skansenie, 5.0 out of 5 based on 2 ratings

Komentarzy (0)