Otaczając się marzycielami nie zapewnisz sobie wymarzonego życia. Galeria

Close Notification
Open Notification

Bóg jednak istnieje

Od wtorku Polska medialna i Polska sportowa, a także Polska kibicowska zastanawiają się do czego może służyć dach. W naszych warunkach nasuwa się jedyna rozsądna odpowiedź. Mianowicie, że… do niczego.

Żeby nie znęcać się nad nosicielami wrodzonego matołectwa polskiego w przestrzeni sportowo-publiczno-stadionowej, warto rozważyć problem wyższego rzędu. Mianowicie, jakie grzechy ciążą na naszym narodzie, że Stwórca karze go tak bezwzględnie. Akurat jedyny tej jesieni deszcz zesłał w dniu najważniejszego meczu piłkarskiego. Spuścił go na najoszczędniejszą wersję murawy, położoną na użytek tego właśnie meczu akurat bez należytego systemu odwadniającego. Pokarał nas meczem sezonu w chwili, gdy nie dość, że nie mamy zdrowego najlepszego skrzydłowego, to jeszcze nie mamy w zasadzie prezesa PZPN, bo wybitność Grzegorza Laty nie zyskała uznania w oczach baronów związkowych. Nie przedłużą mu kadencji, nie dadzą szansy dokonania rzeczy wielkich. I nie wiadomo, kto miałby ich dokonać podczas jego nieobecności. Nie wskazano faworyta, lidera ani nikogo. Strach i anarchia.

Zatem przychodzi nam mierzyć się z Synami Albionu w chwili bezkrólewia. Mało tego, wypadło grać z nimi w kryzysowym momencie – napęczniałej bańki protestów najbardziej ultrasowych polskich kibiców-fanatyków. A ci  samym oddechem potrafiliby zmieść drużynę rywala z boiska. W dodatku Stwórca pokiełbasił sprawę w momencie, kiedy wreszcie Polacy telewizyjni, dogadali się z Polakami pazernymi na szmal i miało dojść do pierwszej transmisji telewizyjnej z meczu o punkty w eliminacjach do mistrzostw świata. Albo ten Stwórca chronicznie nas nie cierpi albo uznał, że mamy wśród narodów Europy największy talent komiczny i przydzielił rolę dyżurnych błaznów. Potencjału do dostarczania ubawu w skali kontynentalnej nie można nam odmówić.

Trzeba jednak myśleć pozytywnie, optymistycznie i przekrojowo. Na moje oko Stwórca ukarał niemeczem Polska-Anglia pezetpeenowskich przydupasów za korzystanie z biletów, których nie  było w wolnej sprzedaży. Zaś samych pezetpeenowskich kacyków za spekulowanie rarytasem jakim miało być owo pożądane przez tłumy widowisko na Narodowym. Znów się okazało, że pierwsi bywają ostatnimi. Nie dość, że zmokli, to jeszcze przepłacili, a wielu odjechało z niczym. Przy okazji oberwało się angielskim gościom, ale to pewnie za dawne grzechy nazbierane w czasach polityki kolonialnej, a pewnie jeszcze za pijackie burdy w Krakowie oraz za brutalne mistrzostwa w 1966 roku.

Stwórca zesłał deszcz, by zmyć obłudę i zatopił całą imprezę tak skutecznie reglamentowaną przez Latę i federacyjny układ. Czasem warto odnotować tak dobitny dowód na istnienie ręki sprawiedliwości na tym łez padole.

Na pocieszenie pozostaje fakt, że reprezentacja Niemiec, mimo wysokiego prowadzenia 4:0 po ponad godzinie gry przeciwko Szwecji, nie zdołała wygrać. U siebie. Toż to koniec świata. A jeśli jeszcze nie, to znak, że jest on coraz bliżej, mili państwo.

Magic

VN:F [1.9.22_1171]
Ocena: 5.0/5 (głosujących: 1)

Bóg jednak istnieje, 5.0 out of 5 based on 1 rating

Komentarzy (1)

  1. joe pisze:

    Stadion budowali i zatwierdzali matołki p. Bartoszewskiego.